W podróży z Somalomo do Jaunde – fragment drogi, który trzeba pokonać pieszo

Podróż marzeń przez Kamerun

Podróż marzeń przez Kamerun – odcinek 15

Chyba mam kaca. W żołądku zalega małpie mięso, zmieszane z antylopą i spleśniałym maniokiem. Niezła mieszanka. A w nosie ciągle czuję ten specyficzny zapach. W zasadzie jestem nieprzytomny. Przypominam sobie wydarzenia wczorajszego wieczora. Piwo, jeżozwierz, księżyc. To wydarzyło się naprawdę.

Daniel woła nas na śniadanie. Tym razem coś nie poszło. Na śniadanie piwo z wczoraj i dwa malutkie opakowania ciasteczek. Nie ma przy czym posiedzieć, więc szybko zbieramy się do wyjścia na dworzec. Somalomo już się obudziło, choć to dopiero godzina 6.00. To pewnie dlatego, że dziś odjeżdżają autobusy do Jaunde. A to nie zdarza się codziennie. Słońce przedziera się przez chmury i ładnie oświetla afrykańską pomarańczową drogę.

W drodze z Somalomo do Jaunde – podnosimy minibusa zakopanego w błocie
W drodze z Somalomo do Jaunde – podnosimy minibusa zakopanego w błocie

Plan na dziś jest prosty. Dotrzeć do Jaunde i być może wizyta na targu. Gdy idziemy na dworzec pozdrawiają nas wszystkie młodsze dzieci z miasteczka. Pamiętają nas z przedwczorajszej wizyty w szkole. Na dworcu stoją aż trzy autobusy, w tym nasz – Messamena Express. Dokładnie ten sam, którym tu przyjechaliśmy. Nawet kierowca będzie ten sam. Minibus jest już zapakowany. Koła wymienione. Bak pełny. W zasadzie można jechać. I ruszamy. Zaledwie pół godziny po planowanej godzinie. Minibusem jedzie 19 osób. Mało. Ale wszystko jeszcze przed nami.

Kolejne osoby dołączają po drodze. Jest już pani z dwóją dzieci. Ktoś z kogutem. No i pakunki. Na dachu ląduje nieprawdopodobna ilość ładunków. Banany, żywe ryby w wielkich miskach, znów banany. I jeszcze jedna kiść bananów. Torby, walizy. Te minibusy są niezniszczalne. Jak to jest w stanie jechać i się nie rozwalić. Jesteśmy z pięć razy przeciążeni. I jedziemy. Droga dobra, bo dawno nie padało. Toczymy się więc od wioski do wioski, zbierając kolejnych pasażerów. Ktoś podrzuca list do dostarczenia do Jaunde. Poczta tu nie działa.

Nagle chyba osiągamy komplet na pokładzie i na dachu. W sumie 26 osób w środku i 2 osoby na dachu. Mijamy pigmejską wioskę nowego rodzaju. Tradycyjne chaty przeplatają się z domami, jakich na wsiach wiele (głównie z błota i patyków). Jest szkoła. Młodzi Pigmeje w mundurkach. Takie to dziwne. Stajemy gdzieś na śniadanie. Połowa pasażerów idzie cos zjeść do knajpy. Reszta czeka. Pan z motocyklem próbuje komuś sprzedać pancernika. Zwierzę leży zwinięte na siedzeniu. Podobno jest zbyt drogie. Nagle pancernik spada na ziemię. Niech leży.

Jedziemy dalej. Ciasno jak diabli. Cieszymy się, że muzyka jeszcze nie gra. Wąska pomarańczowa dróżka wśród gęstej zieleni. Coś stuka. Kierowca wygląda przez okno i niewzruszony jedzie dalej. Nagle słyszymy łupnięcie. Coś szarpnęło samochodem. Przerażony kierowca hamuje. Odpadło nam koło. No to chyba koniec podróży do Jaunde. W sumie to mamy szczęście. Jechaliśmy wolno. Gdyby to się stało na asfalcie wszyscy pewnie by zginęli.

Kierowca zabiera się za naprawę. Młotek, klucz, kawałek drewna i podnośnik wystarczają. Koło wraca na swoje miejsce, a my w autobusie. Koło po prostu się odkręciło. Po prostu. Nikt się tym chyba nawet nie przejął. Z obawą popatrzyłem przed wejściem do minibusa na pozostałe koła. Trochę się martwię o dalszą podróż.

W podróży z Somalomo do Jaunde – fragment drogi, który trzeba pokonać pieszo
W podróży z Somalomo do Jaunde – fragment drogi, który trzeba pokonać pieszo

To nie koniec przygód. Nie pada, a przed nami trzy kilometry spaceru. Autobus nie jest w stanie pokonać podjazdu z pełny przeciążeniem. Idziemy więc wszyscy spacerkiem przed busem po lepkim błocie. Jak się okazuje, zejść tez musimy. I podejść na kolejne wzgórze. Przeskakujemy przez głębokie koleiny. Spacer to chyba dobra decyzja. Docieramy do zepsutego autobusu. Na szczęście to nie nasz. Pasażerowie gdzieś zniknęli. Spychamy pojazd z górki. Trochę to trudne, bo kierowca uparcie trzyma samochód na biegu. W końcu wrzuca na luz, a autobus zaczyna się toczyć. Niezbyt długo, bo nie udało się uruchomić silnika. Staje. Nadjeżdża nasz minibus i zaczyna po prostu pchać zepsuty pojazd. Bez efektu. Wyprzedza go w pewnym momencie i podjeżdża pod ostatnią górkę. Najgorsze podobno za nami. Możemy wsiadać. Po godzinie jesteśmy w Messamenie. Kolejna przerwa. Od teraz będzie szybciej. Za nami 50 km i cztery godziny jazdy. Ile przed nami?

Kierowca dolewa jakiegoś płynu leżąc pod samochodem. Ktoś wymienia wodę w wielkich miskach ze świeżymi rybami, wiezionymi na dachu. Mija 40 minut. Może naprawdę teraz będzie szybciej, ale trochę ciężko w to uwierzyć. Dotarcie do stolicy przed zmrokiem jest chyba nierealne. Wracamy na miejsca i w drogę.

Rozlewiska po obu stronach drogi nie robią na nas wrażenia. Nagle zasypiam i przesypiam cały odcinek po szutrowej drodze. Budzę się już na asfalcie, gdy stoimy, aby zapłacić za przejazd drogą. Czyli wciąż nic się nie stało. Koła na miejscu. Pojazd w całości. Nareszcie asfalt. Tyłek już mi odpada od siedzenia. Ile można? Wracają częste kontrole. To chyba dlatego, że siedzimy z przodu. Znów kierowca musi wręczać łapówki żeby nikt do niczego się nie czepiał. Znów trzeba pokazywać paszporty, a żołnierze, żandarmeria i policja udają, że coś kontrolują. Przy każdym punkcie kontrolnym pojawiają się sprzedawcy orzeszków, ryb, ananasów, napojów i spleśniałego manioku. Wszystko do kupienia przez okno. Najgorsze są baton de manioc. Bo cuchną niesłychanie. Ktoś niestety kupuje batona, a smród wypełnia wnętrze minibusa. Smród zostaje z nami na długo.

Jesteśmy w Jaunde. Ostatnia kontrola przed wjazdem do miasta i spokojnie stajemy w wielkim korku. Powoli, jak żółw przesuwamy się do przodu ulicami miasta. Mam serdecznie dość. To dziesiąta godzina jazdy. Nogi drętwieją. Pot leje się z czoła. To jednak jeszcze nie koniec przygód z kolejnej podróży marzeń przez Kamerun. Przed nami podjazd. Autobus nie daje rady. Musimy wysiąść. Idziemy gęsiego pod górkę. Kierowca cofa, bierze długi rozpęd i stara się wjechać na szczyt. Udaje się. Znów jest ścisk na pokładzie. To ostatnie metry. Wjeżdżamy na dworzec autobusowy i z ulgą wysiadamy z minibusa.

Jest już ciemno. Cieszę się, że udało nam się bezpiecznie dojechać. Na dworcu znów czekamy. Czekamy i obserwujemy kolejnych wędrujących sprzedawców. Jest chodząca apteka, pan z taczką, wódka w torebkach i baniakach, świecidełka, loteria, gazety i mnóstwo innych przedmiotów.

Rozglądamy się nerwowo dookoła, czekając na Achille. W drodze do sierocińca rozliczamy się z Danielem. Nie jest to łatwe, bo chcielibyśmy zapłacić mniej ze względu na skrócenie wyjazdu. Dużo nie oszczędzamy. Wręczamy Danielowi na pamiątkę kartki z dedykacjami. Daniel wysiada, a my docieramy do sierocińca.

Już na nas czeka kolacja. Nie ma tym razem mięska z lasu. Ale jest pysznie. Jest piwo. Jedno, drugie. Po kolejne idziemy do pobliskiego baru prowadzonego przez Rwandyjczyków. Dojadamy się w nim przepyszną rybą. Marianne (mieszka w sierocińcu) ze swoją siostrą i koleżankami spotkały się na beforku przed pogrzebem. Śpiewają i tańczą. Tu pogrzeb jest inny. Trwa kilka dni. I to nie jest smutne wydarzenie. To święto. Śpiewy głównie dotyczą seksu. Lekko podpite kobiety w odświętnych strojach świetnie się bawią. Dostajemy zaproszenie na nocną imprezę pogrzebową w kościele. Szkoda by było nie skorzystać.

Pakujemy się w 10 osób do samochodu i jedziemy świętować do kościoła. Trudno go po ciemku odnaleźć. Impreza dopiero się zaczyna. Otwarta trumna z ciałem stoi na środku przed ołtarzem. Znajomi i nieznajomi podchodzą i patrzą na zmarłą. Raczej nie ma smutku. Czasem pojawi się ktoś, kto lamentuje. To głównie nieznajomi, którzy chcą wkręcić się na zabawę. Przed kościołem ktoś gra na bębnach. Gdzieś obok serwowane są smażone banany i kawa. Część gości jest już pijana. A część rozłożyła się wygodnie na ławkach i śpi. Zostajemy poczęstowani bananami. Chór śpiewa piosenki. Ale to wciąż początek. Jeszcze za mało wypitego alkoholu. Kolejni goście zbierają się w pubie. Piwo za piwem. I już niedługo zaczną się tańce.

Jaunde - pogrzeb
Jaunde – pogrzeb

Po godzinie wracamy do kościoła. Rzeczywiście impreza zaczyna się rozkręcać. Kilka osób tańczy wokół trumny. Gra zespół muzyczny. Ktoś śpiewa. Melodie nie są smutne. Wręcz zachęcają do tańca. Gdyby nie to, że siedzimy w kościele na pogrzebie to można by pomyśleć, że to raczej wesele. Jakiś facet, jak w transie podryguje przed trumną. I zachęca innych do tańca. Młodzież bawi się, jak na dyskotece. Tylko my wciąż siedzimy nieco zdezorientowani tą odmiennością.

Zmęczenie wygrywa. Wracamy, choć impreza na dobre jeszcze się nie zaczęła. Potrwa do białego rana, a jutro, a w zasadzie już dziś zmarły zostanie wywieziony w okolice Bertoua, do rodzinnej wioski, gdzie po kolejnym hucznym pożegnaniu przez tłum zostanie pochowany.

3.30 – najwyższa pora na sen. To był emocjonujący dzień.

Kolejne odcinki relacji z Kamerunu znajdziecie tu: Relacja z Kamerunu na blogu

Całość relacji z Kamerunu do pobrania stąd: Relacja z Kamerunu w pdf

Galeria zdjęć z Kamerunu do obejrzenia tu: Zdjęcia z Kamerunu

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s