Na lotnisku w Douali

Wracamy z Kamerunu

Wracamy z Kamerunu – odcinek 19

To już koniec. Ostatni dzień. Wracamy. Kończymy przygodę z Kamerunem. Ten dzień w całości poświęcamy na podróż z Kribi do Douali. Podróż po Kamerunie to zawsze wyzwanie i niewiadoma. Czy, kiedy, czym, jak i dokąd dojedziemy. Niczego nie można być pewnym.

Jak się okazuje, dzisiejszy dzień jest również dniem zimorodka. Jeden za drugim przelatują nad wodą, dają nura, po czym siadają na gałęzi, drzewie, parasolu albo drucie i obserwują. A przy okazji pozują do zdjęć z krabem w dziobie, otrzepujące pióra itp.

Zimorodek w okolicy Kribi
Zimorodek w okolicy Kribi

Spakowani w sześć toreb i plecaków delektujemy się po raz ostatni kameruńską rybą. Może to nieco dziwne, że zamawiamy rybę o godzinie 9 rano, ale taki mamy kaprys na koniec. W barze pojawiła się nawet coca cola.

Wpatrujemy się w ocean, czekając prawie półtorej godziny na wypasione cztery ryby bar. Nagle woda porywa łachę piachu z brzegu naszego zbiornika. Za chwilę kolejną. I kolejną. W parę chwil ze stojącej wody zrobiła się rwąca rzeka. Ale to jak! Jednocześnie słońce wychodzi zza chmur i fantastycznie oświetla okolicę. Ale widok. Z jeziora nie pozostało prawie nic. Z ryb też. To znak, że najwyższy czas jechać do Douali. Niewzruszeni handlarzami masek nagabującymi nas podczas śniadania nie kupujemy już żadnych pamiątek.

Wybrzeże w okolicy Kribi
Wybrzeże w okolicy Kribi

Bierzemy bagaże i wsiadamy do Toyoty jednego z nich. Zawozi nas do Kribi. Autobus już czeka, choć jechaliśmy na dworzec w ciemno. Zresztą autobusy chyba mają w zwyczaju czekać na pasażerów cały czas. Ustalonych godzin odjazdów nie ma. Autobusy odjeżdżają, gdy mają komplet na pokładzie. Tak więc to, że autobus jest nic jeszcze nie oznacza. Na moje oko mamy jeszcze z godzinę oczekiwania. Muszą się zapełnić wszystkie miejsca i jeszcze trochę.

Korzystając z tego czasu idę na krótki spacer. Damskie sztuczne włosy, szał tutejszej mody, kupuję szybko. Ale wódki w plastikowych woreczkach znaleźć nie mogę. Kręcę się po ulicach moknąc w niewielkim deszczu i obserwując, czy przypadkiem autobus nie odjeżdża. W końcu znajduję to, czego szukam. Kupuję cały litr (dwadzieścia torebek) alkoholu o nazwie Irish Cream. Nie jest mocny, ale jego skład jest intrygujący: alkohol zdatny do picia, woda i tym podobne. Może być ciekawie.

W autobusie wciąż brak kompletu. Stoję i czekam. Pływam we własnym pocie. Brak przewiewu. Koszulkę mam tak mokrą, że zaraz zacznę wyżymać z niej własny pot. Kierowca trąbi i uruchamia silnik. To można odczytać jako pierwszy sygnał do odjazdu. Jak w teatrze. Ludzie wracają na swoje miejsca. Nikt się nie śpieszy. Trwa jakaś głośna dyskusja. Ktoś kłuci się o miejsca. Przed nami siada dziewczyna z blond doczepionymi włosami. Ciekawie to wygląda. I niektóre fryzury są naprawdę ładne i trudno zauważyć, że te włosy są sztuczne. W przeważającej części Kamerunki noszą bardzo krótkie włosy, ale na tyle długie, aby można było w nie wpleść doczepiane włosy. Nie lubię krótkich włosów, ale czasem w połączeniu z długimi sztucznymi włosami dziewczyny wyglądają bardzo ładnie.

Kolejne trąbienie. Drugie ostrzeżenie. Czekamy już ponad godzinę. Gdy już wszyscy siedzą na swoich miejscach, na środku zajęte są wszystkie miejsca na drewnianych taboretach, a kilka osób siedzi na schodach silnik gaśnie. Co jest? Zabrakło paliwa. To się nazywa organizacja. Po paru minutach podbiega chłopak z baniakiem pełnym paliwa i wlewa trochę do baku. Tylko trochę i akurat tyle, aby autobus dojechał na stacje benzynową. Wiemy przecież, że paliwo tankuje się dopiero po skompletowaniu pasażerów.

Kolejny przystanek po tankowaniu to kontrola paszportowa. Wysiadka z autobusu. Kolejny policjant wertuje strony naszych paszportów. Dookoła sprzedawcy małych grillowanych rybek. Kilka osób kupuje ryby na drogę. Wracamy do autobusu i w końcu można napisać, że jedziemy do Douali.

Po drodze deszcz na przemian ze słońcem. W rowach powywracane ciężarówki i wraki samochodów. Tak się szaleje po kameruńskich drogach. Łukasz filmuje jakiś bazar. Nagle, tuż przy oknie, pojawia się dłoń. Ktoś szuka szczęścia i próbuje wyrwać Łukaszowi kamerę z dłoni. Nie udaje się.

Tuż przed Doualą do autobusu wsiada sprzedawca maści na wszystkie dolegliwości. Po soczystej przemowie kilka osób kupuje parę opakowań. Za chwilę wsiada kolejny handlowiec. Tym razem mamy okazję zakupić tajemnicze pigułki. Znów kilka osób decyduje się na ich kupno. Tak łatwo Kameruńczykom cos sprzedać. Każdą tandetę. Przedwczoraj autobusem jechał sprzedawca mydła. Poszło kilka sztuk. Był też do kupienia płyn do płukania ust. To był hit. Prawie wszyscy kupili po buteleczce. Facet zebrał w autobusie ponad 100 000 CFA. Był dobry. Ci dzisiejsi są mniej przekonujący.

Już nie jest tak parno jak w Kribi. Zdążyłem nawet nieco przeschnąć. Poznajemy przedmieścia Douali. To ta sama droga, która jechaliśmy do Jaunde. Mijamy hotel, w którym nocowaliśmy zaraz po przylocie. Tu zaczyna się korek gigant. Wszyscy jeżdżą jak chcą. We wszystkie strony. Czerwone światła są dla ozdoby. Samochodu parkują na środku jezdni. Ciężko je wyminąć. Jak to wszystko funkcjonuje? Jak jeździć? Niezwykłe. Widzimy naukę jazdy. Tylko po co? Przepisy są tu chyba tylko dla ozdoby. Policjanci nieudolnie starają się kierować ruchem. Stoimy po kilka minut w jednym miejscu. Pot zaczyna wracać na moje czoło. Godziny szczytu w Douali. Tragedia komunikacyjna.

Wjeżdżamy w coraz głębsze centrum miasta, choć słowo wjeżdżamy nie jest tu najwłaściwsze. Przeciskamy się bocznymi uliczkami. Brak asfaltu. Dziury wielkie, że samochód osoby mógłby urwać zawieszenie. Zawracamy wielkim autobusem na skrzyżowaniu czterech wąskich laterytowych ulic. To operacja na kilkadziesiąt ruchów. Pełen festyn i wydarzenie na przechodniów. Udało się! Mało tego. Jedna z ulic okazuje się końcem naszej podróży. Gdzieś na zadupiu, pośród drewnianych sklepików i straganów okazuje się znajdować dworzec autobusowy naszej linii autobusowej. Wysiadamy z pojazdu uważając żeby nie wpaść pod koła przeciskających się pomiędzy pasażerami taksówek, motocykli i rowerów. Kto by się przejmował pieszymi.

Z bagażami w drodze na lotnisko w Douali
Z bagażami w drodze na lotnisko w Douali

Jak tu brudno. Wszystkie śmieci wyrzucane ot tak przed siebie. Obsrana pielucha przelatuje obok mnie lądując na ulicy. Przerdzewiałe wraki samochodów leżą zanurzone w rzece. Jeden wielki śmietnik. Przykro na to patrzeć. Taka jest jednak prawda. Tak wyglądają duże miasta. Okropne miejsca. Tu chyba nie ma szansy na jakąś zmianę. Kamerun to jeden z brudniejszych krajów afrykańskich, w którym byłem.

Idziemy z Łukaszem rozglądając się uważnie dookoła. Kierujemy się do jakiegokolwiek bardziej ruchliwego miejsca. Historie o napadach na turystów wzbudziły w nas strach. Może niesłusznie. Ale podświadomie chcemy wydostać się stąd jak najszybciej. Jest skrzyżowanie. Policjant próbuje kierować ruchem. Blokuje ruch. Dyskutuje z kierowcami. Robi jeszcze większy korek. Patologia.

Obok nas parkuje żółta taksówka bez reflektorów. Wsiadamy czym prędzej. Jak najszybciej na lotnisko. To na szczęście niedaleko. Wysiadamy, płacimy i pokonujemy kolejne strefy bezpieczeństwa. Przed wejściem do terminala kontrola osobista. W zasadzie imitacja kontroli, bo sprawdzane jest tylko to, co mamy przy sobie. Bagaż pozostaje nieruszony. Możemy w nim wnieść wszystko.

Bardziej obrotni Kameruńczycy kręcą się po hali. Można u nich kupić dolary i euro. Pozbywam się wszystkich franków po nieco zawyżonym kursie (685 CFA za 1 euro).

Piwo w mieście kosztowało około 600 CFA. W knajpie przeważnie 1000 CFA. Na lotnisku 1500 CFA. Po przejściu przez bramki cena rośnie do 2000 CFA. Odprawiam bagaż i okazuje się, że wywożę z Kamerunu około 36 kilogramów. Mój plecak, owinięty workiem na kartofle budzi zainteresowanie. Kilka razy ktoś pyta, co jest w środku. Oby doleciał w całości do Polski. Cały bagaż specjalnie podzieliłem na dwie części.

Na lotnisku w Douali
Na lotnisku w Douali

Pozostało nam już tylko oczekiwanie na samoloty. Ja lecę do Brukseli. Łukasz do Paryża. Nie ma na lotnisku knajpy. Jest jeden sklep bezcłowy, ale kupowanie czegokolwiek nie ma sensu, bo i tak zostanie zabrane podczas przesiadki w Brukseli. Jest pięć sklepików z pamiątkami o kilka razy droższymi niż na mieście. Jest też sklep z piwem. Ale nie ma zbytnio miejsca do siedzenia. Kupujemy po piwie i siadamy na podłodze. To nasze ostatnie piwo w Kamerunie. Toast wzniesiony. Czas na pożegnanie. Rozstajemy się z Łukaszem i każdy zmierza w kierunku swojej bramki i samolotu. Za kilkanaście godzin będę w Warszawie.

Poranny widok z chaty drugiej w drodze na Mount Cameroon
Poranny widok z chaty drugiej w drodze na Mount Cameroon

Wszystkie cele zrealizowane. Nikt nas nie okradł. Teraz tylko czekam na lądowanie, na bagaż i zdjęcia. Nie mogę się doczekać. Chyba już nawet jestem gdzieś nad Polską. Czas płynie szybko. Już pojutrze pokaz zdjęć. I kolejny. Dzień po dniu. Fajne to życie w podróżach. Chciałbym żeby tak zostało. No ale przede mną spore zmiany. W lutym, a może już w styczniu. Ta wystająca z plecaka małpka jest dla niego. Jeszcze siedzi w brzuchu. Ale jak wyjdzie zabiorę go do Afryki. Może nie do Kamerunu. Ale do Namibii na pewno. Może już w przyszłym roku. Agnieszka, Mateusz i ja. Polecimy w trójkę. Nie mogę się doczekać, choć trochę się boję.

Podczas trekkingu – po zejściu z Mount Cameroon
Podczas trekkingu – po zejściu z Mount Cameroon

Podchodzimy do lądowania. Zatyka uszy. Nie ma śniegu. Jest mróz. Po 31 stopniach w zielonym Kamerunie będzie szok.

Kamerun 2016

28.10.2016 – 15.11.2016

Robert Gondek

Kolejne odcinki relacji z Kamerunu znajdziecie tu: Relacja z Kamerunu na blogu

Całość relacji z Kamerunu do pobrania stąd: Relacja z Kamerunu w pdf

Galeria zdjęć z Kamerunu do obejrzenia tu: Zdjęcia z Kamerunu

Reklamy

One comment

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s