Lesotho

Lesotho

Lesotho (Rok 2001 – odcinek 10)

Lesotho jest malutkim górzystym krajem otoczonym ze wszystkich stron przez RPA. Zamieszkuje go około 2 mln ludzi. Większość z nich pochodzi z plemienia Basotho i mówi językiem seSotho. Stolicą kraju jest Maseru, zamieszkane przez około 300 000 ludzi. Walutą oficjalną w Lesotho jest maloti, ale w całym kraju można płacić randami RPA, przeliczanymi w stosunku 1:1. W zasadzie to kwestie pieniężne nie są tu aż tak ważne jeśli przebywa się w Lesotho trochę ponad jedną dobę. Tyle właśnie czasu zamierzaliśmy zostać w tym kraju. Szkoda, że tylko tyle, bo warto tu posiedzieć dużo dłużej. Stolicy kraju nie udaje nam się obejrzeć w tym czasie. Doświadczeni widokiem Mbabane w Swazilandzie postanawiamy po prostu sobie odpuścić. Piszę, że kwestie pieniężne nie są ważne, bo w rejonie, w którym mamy okazje przebywać miejsca, w których można byłoby zapłacić za cokolwiek można policzyć na palcach rąk i nóg. O użyciu karty płatniczej można spokojnie zapomnieć.

Wracając jednak do początku…. Docieramy do granicy „bardzo dobrze utrzymaną” międzynarodową drogą łączącą RPA i Lesotho. Droga ta to przede wszystkim brak asfaltu, podjazd pod niezłą górę na wysokość niemal 2000 m n.p.m. i wiele przeszkód po drodze. Trasa jest malownicza. Piękne, wysokie góry, cudowna słoneczna pogoda, cieplutko – w końcu cieplutko, bo wyjeżdżając z Durbanu lał deszcz. Tu i teraz jest po prostu pięknie.

Podróż w kierunku granicy z Lesotho samochodem osobowym to już niezła przygoda. Przejazdy przez wezbrane rzeczki, omijanie spadających kamieni, ulewne deszcze i zwierzęta na drodze to tylko część atrakcji. W wielu miejscach droga ginie pod wodą. Mostów jeszcze nie ma, ale wszyscy jakoś sobie radzą. Podróżujemy „terenową” Toyotę Tazz, czyli afrykańską wersją Toyoty Corolla. Co kilka kilometrów przed większymi strumieniami wysiadamy z samochodu. Wtedy ja idę przodem i nogami badam dno strumienia (drogi), usuwam większe kamienie, a Piotrek jedzie dokładnie moimi śladami. I tak jedziemy lub jak kto woli idziemy i jedziemy przez 30 km pod górę wśród cudownego krajobrazu otaczającego międzynarodową drogę w kierunku Lesotho.

Tuż przed granicą musimy się zatrzymać na dłużej, bo sprzęgło samochodu musi odpocząć. Zatrzymują się obok nas ludzie i pytają, czy mamy gdzie spać w Lesotho. Zakładaliśmy nocleg gdzieś na dziko. Ale oni zapraszają nas do siebie. Na kolanie rysują mapkę, jak dojechać do miejsca, gdzie będą na nas czekali. No i umówiliśmy się. Nie było daleko, może z 15 km za granicą, czyli naszym tempem około 3 godzin jazdy. W końcu dojeżdżamy do granicy. Jest późno, bo około 17.

Granica porządna. Jest drewniany posterunek, szlaban odgradzający polną górską drogę po stronie RPA i Lesotho i 3 osoby (policjant, celniczka i jakaś młoda dziewczyna). Wzbudzamy zainteresowanie, bo okazuje się, że naszego kraju nie ma na liście krajów, których obywatele potrzebują wizy. Nie ma nas też na liście tych państw, których obywatele wizy nie potrzebują. Nie wiedzą co z nami zrobić. Mówimy, że Polska leży w Europie. Oni z kolei chwalą się, że znają Papieża z Europy. A my na to, że przecież Papież jest z naszego kraju! To przełamało barierę. Dostajemy pozwolenie na wjazd do Lesotho ważne przez 7 dni. Powinno wystarczyć na pokonanie lesothańskich dróg. Mówią również, że ludzie, którzy zaprosili nas na nocleg to misjonarze. Nie zwróciliśmy wcześniej uwagi na to kim są.

Droga w Lesotho nie odbiega od tej sprzed granicy. Jedziemy wolno, szukając tych miejsc, które zostały zaznaczone na mapie. Ludzie wędrują drogą. Co kilkadziesiąt metrów mijamy niewielkie chatki słomiano-gliniane z napisami: Coffee Shop i Cafe. Przejeżdżając obok czujemy wyraźny zapach palonej trawki.

Docieramy do umówionego miejsca spotkania. Czeka nas przeprawa przez rzekę Orange. Zostawiamy samochód w wiosce i wchodzimy na łódkę. Nikt nam nie mówi, że poprzednia przeprawa o mały włos zakończyłaby się wywrotką. Gdy jesteśmy na drugim brzegu nowopoznani ludzie zapraszają do wyładowanego po brzegi starego Land Rovera. Częściowo w kabinie, częściowo na pace ruszamy w dalszą drogę podziwiając piękny zachód słońca nad Górami Smoczymi.

Do przejechania mamy ponad trzy kilometry w większości pod górę. Mijamy mężczyzn i chłopców na koniach i osłach i pasterzy poganiających kozy i owce. Są niezwykle zwinni. Wskakują i zeskakują z koni w mgnieniu oka, jednocześnie łapiąc kozę i przerzucając ją na drugą stronę drogi.

Lesotho
Lesotho

Gospodarze częstują nas wyborną kolacją, podczas której próbujemy kiełbasy z antylopy. Opowiadamy o naszych przygodach, a oni o życiu w Lesotho. Rozmowa nieco się przedłuża i dopiero po paru godzinach idziemy spać. Nikt z nas jednak nie decyduje się na spanie w łóżku, które przez całą noc pozostaje puste.

Kolejne odcinki relacji z pierwszej podróży do Afryki znajdziecie tu: Relacja z pierwszej podróży do Afryki na blogu

Całość relacji z pierwszej podróży do Afryki do pobrania stąd: Relacja z pierwszej podróży do Afryki w pdf

Galeria zdjęć z pierwszej podróży do Afryki do obejrzenia tu (niestety zdjęcia są słabej jakości): Zdjęcia z pierwszej podróży do Afryki

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s